"Bóg Techy"
Autor: Sylwia Czubkowska
Wydawnictwo: ZNAK Literanova
Premiera: 2025-05-21
Recenzja książki "Bóg Techy" autorka Sylwia Czubkowska
Wydawnictwo ZNAK Literanowa
O czym jest ta książka – i dlaczego to nie jest „kolejna rzecz o internecie” ?
Tytułowe „bóg techy” nie są metaforą na ozdobę. To te korporacje, które przestały być dostawcami usług, a zaczęły działać jak quasi-państwa: ustalają reguły, budują zależności, wpływają na politykę, edukację, prawo i codzienne nawyki, przy czym robią to miękko, „z uśmiechem”, w białych rękawiczkach, najczęściej pod hasłami innowacji, wygody i „partnerstwa”. To właśnie ten mechanizm Czubkowska rozbiera na części: jak rośnie władza Alphabetu/Google’a, Microsoftu, Amazonu, Mety/Facebooka (i szerzej – całej ligi Big Tech), oraz dlaczego państwa, także Polska, tak łatwo oddają im teren.
Autorka stawia pytania konkretne (i celowo „przyziemne”): po co prezes Google’a spotyka się z premierem, jak Big Tech wchodzi do polskich szkół i instytucji, czemu w starciu z platformami „nie mamy szans” w tradycyjnym sensie (prawnym, budżetowym, kompetencyjnym). Najmocniejsza strona tej książki, to właśnie wybrana forma literacka, bowiem to reportaż o władzy, a nie o gadżetach. To jest książka o technologii tylko z pozoru. W praktyce to reportaż o władzy i zależności: o tym, kto rozdaje karty, kto pisze regulaminy świata, i dlaczego te regulaminy z uporem udają „neutralną infrastrukturę”. Czubkowska ma bardzo reporterski instynkt: zamiast budować wykład „od definicji algorytmu”, idzie tropem realnych sytuacji, instytucji, interesów i języka wpływu. Dzięki temu czytelnik czuje, że Big Tech nie jest mgłą z Doliny Krzemowej, tylko siecią konkretnych nacisków i transakcji. Od obietnic oszczędności po prestiżowe granty, od „bezpłatnych” narzędzi po wieloletnie kontrakty, z których trudno się wypisać bez bólu.
Bardzo cenne jest też osadzenie tematu w polskim i europejskim kontekście: nie w stylu „u nas też jest Facebook”, tylko „jak wyglądamy jako cyfrowe peryferia w cieniu technologicznych imperiów”. Recenzentka „Kultury Liberalnej” trafnie zauważa monumentalność zadania: przejście przez labirynt regulacji i obszarów – od prawa pracy po własność intelektualną i ochronę środowiska – bo Big Tech jest już „wszędzie”.
Problematykę podkreśla dodatkowo konstrukcja i rytm: „cyfrowe więzienie” jako rama opowieści. Książka pracuje na ramie, którą wydawca i autorka streszczają bez ogródek: „Witajcie w cyfrowym więzieniu” – dobrowolnie oddajemy część siebie przy kliknięciu „zaloguj”, a firmy ustawiają się na piedestale. Ta rama jest nośna, bo porządkuje całość: nie chodzi o straszenie, tylko o pokazanie, że „więzienie” nie musi mieć krat. Wystarczą zależności infrastrukturalne (chmura, szkolne platformy, narzędzia biurowe, ekosystemy reklamowe, standardy komunikacji). Rytm jest raczej śledczy niż eseistyczny: dużo faktów, wątków, nazw, mechanizmów. To atut, ale i koszt.
Autorka obrała styl: przystępny, ale bez infantylizacji, pisze językiem dziennikarki technologicznej, która umie mówić do ludzi, a nie do „branży”. W dobrej książce popularnonaukowej jest taka cecha: czujesz się mądrzejsza po rozdziale, ale nie czujesz się traktowana jak ktoś, komu trzeba wszystko pokazać na obrazkach. Tu to działa. Jednocześnie – i to warto powiedzieć uczciwie – gęstość materiału bywa spora. Jeśli ktoś oczekuje „lekko podanej opowieści w samolot”, to te ponad pięćset stron może być jak długi marsz w terenie: piękny, potrzebny, tylko w wygodnych butach.
Co książka robi czytelnikowi: zimny prysznic, ale nie pozostawia stanu beznadziei. Bo najpierw jest otrzeźwienie: skala wpływu, asymetria zasobów, „miękkie przejmowanie” instytucji. Potem jednak autorka nie zostawia czytelnika w samej czerni: pokazuje też, że są reakcje – pozwy, działania aktywistyczne, regulacje.
Czyli kreśli przed Czytelnikiem nie „koniec świata”, tylko początek sporu o warunki życia w świecie platform.
Najważniejsze tezy, które zostają w głowie
- Big Tech nie sprzedaje tylko usług – sprzedaje standardy, a standardy to władza.
- Zależność jest projektowana: darmowe wdrożenia, szkolenia, „partnerstwa”, wygoda – to haczyki.
- Polityka i administracja często nie mają języka ani narzędzi, by negocjować jak równy z równym, więc wchodzą w relację klient–dostawca, która szybko robi się relacją podmiot–zwierzchnik.
- Religia nowoczesności (wiara, że „technologia = postęp = dobro”) bywa zasłoną dymną dla bardzo przyziemnych interesów.
To wszystko brzmi ponuro, ale jest po prostu realistyczne – „mów, jak jest”. I dlatego ta książka jest potrzebna.
Żeby recenzja nie była laurką: przy takim rozmachu łatwo o efekt „wszystko naraz”. Dla części czytelników ta panoramiczność może być męcząca: kiedy tematów jest wiele, rośnie apetyt na jeszcze mocniejsze porządki (mapy zależności, wyraźniejsze klamry między rozdziałami, częstsze „podsumowania pola bitwy”). To nie jest wada dyskwalifikująca – raczej naturalny skutek ambicji opowiedzenia zjawiska, które jest jak ośmiornica: wszędzie ma macki.
Dla kogo to jest:
- dla osób pracujących w edukacji, administracji, NGO – bo tu widać, jak „wchodzi się” w systemy, z których potem trudno wyjść;
- dla czytelników reportażu i publicystyki śledczej (to jest bliżej „władzy i pieniędzy” niż „nowinek technologicznych”);
- dla każdego, kto chce rozumieć, dlaczego „zaloguj przez…” bywa politycznym aktem.
Czubkowska od lat zajmuje się cyfryzacją i ekonomią nowych technologii; pracowała w dużych redakcjach, współtworzyła projekty medialne wokół technologii, jest autorką wcześniejszej głośnej książki reporterskiej. To czuć: nie ma tu zachwytu nad „innowacją dla innowacji” ani technofobii. Jest rzemiosło dziennikarskie i twarde przekonanie, że w centrum opowieści o technologii zawsze stoją ludzie i interesy.
„Bóg techy” to obszerne, gęste, ambitne śledztwo o tym, jak Big Tech buduje władzę nad państwami i obywatelami – także nad Polską – oraz jak łatwo mylimy wygodę z wolnością.
To książka, po której trudniej kliknąć „akceptuję” bez myśli w tyle głowy: a co właściwie akceptuję – i komu oddaję klucze?

Komentarze
Prześlij komentarz